EN PL

Zrównoważone inwestowanie – Kultura się opłaca!

EEC2013: Niebezpieczne związki kultury i biznesu

wnp.pl (Łukasz Rawa)
Niepoliczalny świat kultury próbuje wejść w policzalny świat biznesu. Zacieśnienie współpracy ma szansę przynieść korzyści obu stronom. Jednak relacja sztuki z pieniądzem niesie ze sobą również pewne zagrożenia - mówiono podczas debaty panelowej pod hasłem "Zrównoważone inwestowanie - Kultura się opłaca!" w ramach V Europejskiego Kongresu Gospodarczego.
VIDEO
W GALERIACH

W Polsce pogłębia się nierównowaga pomiędzy tym, co policzalne a niepoliczalne. - W ostatnich latach przeszliśmy proces „excelizacji”, polegający na koncentrowaniu się na rzeczach policzalnych, które dają się oszacować i mogą być przedstawione w postaci liczb. Kultura jest tradycyjnie wartością niepoliczalną, aczkolwiek miewa swoje ceny. Niemniej, w okresie przedkryzysowym świat kultury zaczął mieć poważne problemy z funkcjonowaniem, co przełożyło się na podejmowanie prób wejścia w świat liczb. To bardzo ciekawe zjawisko, ponieważ coś, co miało dotychczas wartość moralną i kulturową zaczęło obsesyjnie szukać „policzalności” – stwierdził moderator dyskusji Jacek Żakowski, komentator tygodnika Polityka, oraz kierownik Katedry Dziennikarstwa na Collegium Civitas.



Zwrócił uwagę, że niedawno mogliśmy obserwować kampanię „Kultura się liczy”, do udziału w której organizatorzy zaangażowali szereg autorytetów z dziedziny ekonomii kultury. W ramach akcji próbowano pokazać, że kultura może się opłacać. - Mimo wszystko, w każdej z wielu podejmowanych przy tej okazji dyskusji, po podliczeniu wszystkich rachunków okazywało się, że pozostaje zawsze pewna część kultury niedająca się oszacować: wartości symboliczne, duma społeczeństw, dobre samopoczucie, czyli te rzeczy, które trudno ująć w Excelu – wskazał Żakowski.



- Obecnie jest już jasne, że nigdy nie uda się dokładnie wyliczyć wartości kultury. Trzeba się z tym pogodzić i uznać, że w świecie zorientowanym na policzalność mamy sfery, które wciąż pozostają niepoliczalne, ale są jednocześnie bardzo ważne. Tajemniczymi ścieżkami biegnie coś, co można nazwać synergią ducha i materii. W tym kontekście przypomina się słynna marksistowska teza, że „baza determinuje nadbudowę”, czyli ujmując to w dzisiejszym języku neoliberalnym - najpierw trzeba mieć pieniądze a potem można je wydawać na luksusy – dodał.



Czym zatem jest obecnie kultura dla biznesu? – Większość ludzi biznesu wydaje pieniądze na kulturę, aby spełnić swoje marzenia lub ambicje. Chcą podkreślić wyjątkowość własnej osoby lub reprezentowanej korporacji – tłumaczył Grzegorz Hajdarowicz, prezes Gremi Media. – Ja zająłem się produkcją filmową, ponieważ sam kiedyś chciałem zostać reżyserem. Ostatecznie jednak poszedłem studiować prawo. Niemniej, pasja filmowa ciągle gdzieś we mnie tkwiła. Dlatego, kiedy było mnie już na to stać, wykorzystałem pierwszą nadarzającą się okazję do zaangażowania się w produkcję filmową – przyznał.



Zaznaczył przy tym, że w kontekście współpracy biznesu z kulturą trzeba dokonać pewnego rozróżnienia. – Są przedsiębiorcy, którzy po prostu zgadzają się na wsparcie artysty przelewem. Dalszy ciąg ich nie interesuje. Jednocześnie są biznesmeni chcący autentycznie zaangażować się w powstawanie sztuki. Ja spędzam dwa-trzy tygodnie na planie filmowym, biorę udział m.in. w kolaudacji, oraz w castingu – powiedział Hajdarowicz. – Inicjatywy, w które inwestuję są zorientowane na biznes. Nie jest to sztuka „dla rodziny i znajomych”, tylko filmy które kosztem paru milionów złotych, bądź paru milionów dolarów, będą w stanie przyciągnąć uwagę szerokiej publiczności. Są zatem oparte na biznesplanie, co jest związane z oczekiwanym przychodem. Niemniej, mój udział w produkcji filmu Petera Greenaway’a „Nightwatching” z zasady musiał być deficytowy. Jeszcze nikt nie zarobił na filmie Greenaway’a. Aczkolwiek, dzięki tej produkcji zyskałem wiedzę o tym jak funkcjonuje rynek, oraz jakimi prawami rządzą się koprodukcje międzynarodowe. Zdobyłem też kontakty a w portfolio spółki Gremi Film znalazła się znacząca pozycja – zaznaczył. Dodał, że ludzie kultury często traktują ludzi biznesu jak naiwnych prostaczków, którzy chętnie wyłożą pieniądze na ich pomysły, ale nie mają pojęcia o sztuce.



Inwestycje w kulturę wyglądają inaczej z punktu widzenia właściciela firmy a inaczej z perspektywy zatrudnionego w niej menedżera. W tym drugim przypadku sytuacja jest nieco trudniejsza. Menedżer musi przekonać właścicieli, że to co robi ma dla spółki czysto biznesowe uzasadnienie. Ludwik Sobolewski, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie w latach 2006-2013 podkreślił, że jego zdaniem świat biznesu nie jest aż tak „policzalny”, jak mogłoby się wydawać. – W świecie biznesu jest też wiele rzeczy, które ocierają się o sztukę. Być może sztukę wyzwoloną… Dobrze by było, gdyby oba światy, kultury i biznesu, zdawały sobie sprawę, że nie są od siebie tak bardzo rozłączne; aż tak totalnie się nie różnią – powiedział Sobolewski.



– Przykładowo: spółka wchodzi na giełdę i trzeba ją sprzedać inwestorom. W takiej sytuacji trzeba określić ile takie przedsiębiorstwo jest warte – jaką cenę zaproponujemy inwestorom? Ta wartość nie jest nigdzie „w górze” zapisana, ani nie wynika z żadnych równań. Wynika natomiast z założeń, które sobie przyjmujemy. Owszem, pewne liczby też mają tutaj znaczenie, bo pozwalają określić czym jest dane przedsiębiorstwo w określonym momencie. Niemniej, tak naprawdę inwestorzy nie kupują liczb, które są w tym danym momencie. Interesuje ich przyszłość, bo to jest przyszłość ich inwestycji. W tej sytuacji bardzo wiele rzeczy musimy sobie wyobrazić, pomyśleć na temat przyszłości. Potem zaś pójść do wspomnianych inwestorów i obronić tę wartość, którą w jakiś sposób zobaczyliśmy i chcielibyśmy, żeby ona zaistniała – tłumaczył były prezes GPW.



Trudno jest też policzyć rzeczywistą wartość marki. – Wartość marek takich jak np. Coca-Cola albo Europejski Kongres Gospodarczy to coś, co pokazuje się poprzez liczby, ale nie są one policzalne w taki sposób, że istnieją jakiegoś rodzaju zobiektywizowane liczby, które można „wrzucić” do modelu, który przeliczy dane i po tym już na pewno będzie wiadomo, ile określona marka dokładnie kosztuje – stwierdził Sobolewski. – Nie należy demonizować biznesu, bo nie jest on jakiegoś rodzaju maszyną logarytmiczną. Taki stereotyp utrudnia kontakt przedsiębiorców z ludźmi kultury. Artyści często mają pewne uprzedzenia w stosunku do biznesmenów. Taktują ich jak stworzenia poruszające się według linijki i Excela. W tej sytuacji pozostaje już tylko pytanie - czy mają oni podejść do nich z młotem pneumatycznym czy może cepem? Jak potrząsnąć tą strukturą, która przemawia obcym językiem? Tymczasem biznes wcale nie przemawia aż tak obcym językiem – dodał.



Jednocześnie przyznał, że wielu menedżerów ma poważny dylemat – jak przekonać swoje menedżerskie sumienie, że inwestycje w kulturę przełożą się na wzrost wartości przedsiębiorstwa? Czy takie działania mieszczą się w formule profesjonalnego zarządzania? – Zaangażowanie firmy we wspieranie kultury może przebiegać w formie prostej lub złożonej. W pierwszym przypadku ma miejsce typowy mecenat. Druga opcja to „wpięcie” wspierania kultury w strategię firmy. Wtedy możliwe jest wytworzenie pewnych trwałych systemowych działań – powiedział Sobolewski.



Leo van Loon, dyrektor zarządzający European Creative Business Network, współzałożyciel i właściciel Creative Factory w Rotterdamie wskazał, że ludzie kultury mogą z powodzeniem pomagać przedsiębiorstwom w generowaniu innowacji biznesowych. – Firmy mogą sięgać po kreatywność artystów w celu tworzenia w biznesie nowej jakości. Tego typu współpraca przekłada się na tworzenie ciekawych nowych produktów i usług. Przykłady można znaleźć chociażby w szwedzkich przedsiębiorstwach, gdzie artyści wpuszczani są do struktur firmy. Dzięki innemu spojrzeniu są oni w stanie dostrzec rzeczy, na które inni pracownicy nie zwróciliby uwagi – podkreślił van Loon. Zaznaczył, że to dzięki ludziom kultury powstały nowoczesne narzędzia pozwalające na promocję i sprzedaż produktów, np. poprzez takie kanały jak media społecznościowe.



O motywacjach jakie stoją za sponsoringiem kultury mówił Wojciech Przybylski, redaktor naczelny magazynu Res Publica Nowa. – 20 maja opublikujemy badania na temat polityki kulturalnej miast. Przebadaliśmy w tym zakresie 60 gmin w Polsce. Sprawdzaliśmy ile, na co i dlaczego wydają pieniądze urzędy, oraz instytucje kultury i organizacje obywatelskie. Z zebranych przez nas danych wynika, że tylko 18 proc. badanych uważa, że kultura ma w ogóle jakieś znaczenie gospodarcze; że wiąże się z biznesem. Między 55 a 69 proc. ankietowanych ocenia, że kultura służy do promocji – poinformował Przybylski. – Skądinąd wiadomo, że biznesmeni nabywają sztukę, traktując ją jako inwestycję – zaakcentował.



Przeprowadzone badania wykazały, że około miliona złotych wydaje rocznie każde z miast na organizację festiwalu. – To pokazuje jak duże pieniądze inwestowane są w kulturę. Nie tylko w festiwale, które spełniają przede wszystkim rolę promocyjną, ale też na domy kultury i inne cele – powiedział Przybylski. Odwołując się do świata biznesu przypomniał, że często znani menedżerowie inspirowali się sztuką przy tworzeniu nowych produktów, np. niektóre pomysły biznesowe Steve’a Jobsa wynikały z jego fascynacji sztuką kaligrafii. – Jego geniusz i myślenie o biznesie było zakorzenione między innymi w wysokim rozwoju jego osobistych kompetencji kulturowych – wyjaśnił.



- Biznesu nie da się oddzielić od kultury. Każdy z nas chce mieć dostęp do kultury; móc pójść do kina na dobry film czy na sztukę w teatrze. Równocześnie rośnie w społeczeństwie potrzeba aktywnego uczestnictwa w tworzeniu kultury. W każdym z nas tkwi pewien potencjał wytwórczości i innowacyjności – powiedział redaktor naczelny Res Publica Nowa. – W tej chwili samorządy tną wydatki na „właściwą kulturę”, więc tworzy się nisza, którą mogą zagospodarować przedsiębiorcy. Należy tylko znaleźć sposób na to, jak tę kulturę dostarczać, sprzedawać i rozwijać. Pragnienie kultury jest wieczne – dodał.



Jacek Żakowski powołując się na znane sobie badania zdiagnozował, że im ktoś częściej myśli o pieniądzach, tym bardziej obniża mu się iloraz inteligencji. Jednak rozwój kultury jest trudny bez zaangażowania odpowiednich funduszy. Jakich argumentów używają przedstawiciele świata kultury gromadząc środki na swoje przedsięwzięcia? Jakub Szczęsny, architekt, projektant Domu Kereta wskazał, że światy kultury i biznesu łączy dostrzeganie wartości intuicji. – Ci, którzy „mają jaja” robią pewne rzeczy intuicyjnie, nieważne czy mówimy o biznesie, projektowaniu budynków czy malowaniu obrazów; i ponoszą ryzyko z tym związane – ocenia Szczęsny. – W Warszawie podmioty pozarządowe utrzymują się i są w stanie finansować swoje projekty w 90 proc. z pieniędzy miejskich i ministerialnych. Procent pieniędzy od korporacji, bądź donatorów prywatnych wynosi, w najlepszym wypadku ok. 10 proc. Natomiast my, w przypadku budowy Domu Kereta blisko 70 proc. funduszy musieliśmy pozyskać samodzielnie – przyznał.



- Aby to się udało, odwołaliśmy się do potrzeby doświadczania, która jest obecna w każdym człowieku. Kiedy większość czasu spędzamy przed komputerami, nadchodzi taka chwila, kiedy chcemy wreszcie coś poczuć. Przykładowo, w Oslo korporacje organizują biegi dla menedżerów. Jeżeli ktoś nie załapie się na poziomie pewnego limitu czasowego ma przechlapane – nie może pełnić funkcji na pewnym poziomie menedżerskim. Oczywiście to tylko jeden z przykładów. Istnieje bardzo wiele różnego rodzaju praktyk w tym zakresie. Ważne jest to, że pokazują one potrzebę doświadczania. Wykorzystaliśmy to, oferując naszym współpracownikom możliwość przeżycia czegoś zupełnie unikalnego. W zamian otrzymywaliśmy pieniądze albo pozwolenia od różnych podmiotów - powiedział Szczęsny.



Krzysztof Kaczmar, prezes Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy tłumaczył, że decyzja o pozbyciu się rocznie 8,5 mln złotych przez zarząd banku na rzecz działań społecznych, w tym również związanych z kulturą, ma swoje uzasadnienie w budowaniu pozytywnego wizerunku firmy. – Nasza strategia jest dokładnie przemyślana. Bank odnosi z niej korzyści, choć nieprzeliczalne na pieniądze. Natomiast mają one odzwierciedlenie w badaniach dotyczących postrzegania marki. Działalność fundacji podnosi też pozycję banku na poziomie relacyjnym. Ten czynnik jest bardzo istotny – podkreślił Kaczmar. – Ważnym elementem są też pracownicy. W naszej firmie wolontariat pracowniczy jest bardzo rozwinięty. Aby tego typu inicjatywa odniosła sukces, musi być przede wszystkim dobrowolna. Pracownicy nie mogą mieć poczucia, że są do czegokolwiek przymuszani. Dlatego firma tworzy paletę możliwości do zaangażowania się w projekty, które są najbliższe ich potrzebom. Mogą osobiście wziąć udział w projekcie, który stworzą i przeprowadzą wraz z organizacjami społecznymi i kulturalnymi, przy pomocy pieniędzy banku. W tego typu projektach wolontariatu bierze udział ok. 2 tys. pracowników rocznie – wyjaśnił.



Jako przykład dobrej współpracy świata kultury ze światem biznesu, w końcowej części sesji Marta Wójcicka, prezes Stowarzyszenia Studio Teatralne Koło i Rafał Bauer z Black Lion TFI przedstawili historię powstania Soho Factory. – Zaczęliśmy współpracę w 2005 r., kiedy przez przypadek odkryłam dawną fabrykę Polskich Zakładów Optycznych. Przekonałam właściciela, aby wykorzystać powierzchnię 20 tys. mkw. na projekty kulturalne. To bardzo inspirująca powierzchnia, bo posiada swoją historię. Moje stowarzyszenie przez trzy lata w pewien sposób zrewitalizowało to miejsce. Zostało one unaocznione na mapie Warszawy. Zrealizowaliśmy tam projekty za które otrzymaliśmy wiele nagród. Po paru latach od rozpoczęcia tej inicjatywy zadzwonił do mnie pan Rafał Bauer i zaproponował, żeby zrobić coś podobnego na Mińskiej 25, na sąsiedniej przestrzeni tej samej fabryki. To początek historii Soho Factory – opowiedziała Marta Wójcicka.



- Soho Factory otacza przyszłe osiedle mieszkaniowe. Zatem technika osiągnięcia zysku na inwestycji w projekt kulturalny nie jest w tym przypadku specjalnie nowatorska. Inwestorzy często wspierają różnego rodzaju przedsięwzięcia kulturalne po to, aby podnieść wartość nieruchomości, które posiadają. Chodzi jednak o to, w jaki sposób przeprowadzone zostały w tym przypadku działania. Na początku usłyszeliśmy zarzut, że chęć dotowania czegokolwiek jest związana wyłącznie z posunięciem marketingowym i niczym więcej – powiedział Rafał Bauer. – Natomiast przez ostatnie trzy lata udało nam się zakorzenić szereg kolejnych przedsięwzięć, tylko dlatego, że mogliśmy im w jakiś sposób dopomóc na rozmaite sposoby. Soho funkcjonuje sobie obok projektu nieruchomościowego. Uważam, że nie ma tym nic złego. Zresztą, nigdy nie ukrywaliśmy, że zamiast inwestowania w ulotki informujące o tym jak piękne chcemy wybudować budynki, będziemy inwestować w wystawy artystów, którzy nigdzie poza naszym miejscem niczego nie wystawią. Nie dlatego, że tworzą słabą sztukę, tylko dlatego, że nikt tej sztuki nie chce popierać.

WYSZUKIWANIE SESJI

Proszę wybrać dzień

Proszę wybrać lokalizacje sesji

Nazwa sesji

Wydawcą serwisu 2013.eecpoland.eu jest Grupa PTWP SA.